Śmigus Dyngus w beczce

czwartek, 24 Marzec, 2016 - 06:00
Rozmowa • O tym, jak kilkadziesiąt lat temu wyglądały Święta Wielkanocne w zwykłej śląskiej rodzinie opowiada nam Edeltrauda Krupop z domu Hruzik, z dziada pradziada mieszkanka Kamienia Śląskiego. 
 
Wiele się zmieniło w ostatnich latach. Dziś już inaczej świętujemy Zmartwychwstanie Pańskie niż w okresie mojego dzieciństwa. A jak Pani wspomina święta swojego dzieciństwa?
Święta zaczynały się od gruntownego sprzątania domu. Dziś są odkurzacze, sprząta się na bieżąco, natomiast w czasie mojego dzieciństwa przygotowania do świąt zaczynaliśmy od mycia okien, wieszania firanek. Cofało się łóżka, by wymieść kurze, mama zdejmowała obrazy, przecierała je...
 
A jak wyglądały przygotowania kulinarne?
Pamiętam, jak byłam mała, mama gotowała na święta kartofle z skórą. Wcześnie rano stawała w kolejce do sklepu, gdzie rzucili beczkę solonych śledzi, a kiedy już doszła do lady, czasem dostała tylko dwie rybki, a nas było w domu pięcioro. Mama zawsze prosiła o śledzie z tak zwanym mleczem, który wyciągała, myła, potem rozbełtała z mlekiem, dodała cebulę do smaku i tak to ze śledziem i kartoflami jedliśmy. Dzisiaj już tylko czasem ugotuję tak kartofle, raczej robię puree z kartofli, sałatkę z kiszonej kapusty lub ogórek kiszony, a do tego podaję rybę smażoną. W postny piątek nieco mniej jedliśmy, był to jeden posiłek dziennie. Dopiero w sobotę po kościele mieliśmy taki obiad. W piątek lub sobotę mama piekła też kołołcz. Jeśli dała do niego smalcu, to nie mogliśmy kołołcza skosztować, dopiero w niedzielę. Jeśli dodała masło, to trochę można było go sobie skubnąć.
 
Jak wyglądała w waszym domu Wielka Sobota?
W sobotę nie święciło się potraw. Do południa szliśmy do kościoła, gdzie całowaliśmy figurę Pana Jezusa na krzyżu: ręce, serce i nogi. Wcześniej mama kupowała tytkę bloblików (torebkę cukierków) wkładała je dla nas koło krzyża i mówiła, że to od Pana Jezusa. Kiedyś nie było nic w sklepach ani nie było nas na zbyt wiele stać - jakaż to była uciecha… To był bardzo fajny zwyczaj. Obecnie w sobotę i w pierwsze święto chodzimy na cmentarz odwiedzić przodków. Kolacja w sobotę była zwyczajna: jedliśmy chleb z masłem, jajkiem. Do tego „herbata z lasa” czyli z leśnymi ziołami, gdzie zamiast cytryny, której nie dało się kupić, dodawaliśmy sok z wieprzków z krauzy (sok z kompotu agrestowego ze słoika). Do dzisiaj chodzę do lasu i zbieram zioła na herbatę...
 
 
To jest część artykułu.
Całość możesz przeczytać w Nowinach Krapkowickich w wydaniu papierowym lub w wersji elektronicznej.

kup e-wydanie
Autor: 
Grzegorz Cebula

Dodaj komentarz