Nasze kochane dzieciaki

środa, 13 luty, 2019 - 11:44

Felieton naczelnego • Mówi się, że dzieci są sufitem, a rodzice ich podłogą. To powiedzenie znaczy mniej więcej tyle, że nowe pokolenia osiągają poziomy, o których „starzy” mogli tylko pomarzyć. Kontrast „sufit – podłoga” zakłada nieustanny rozwój, doskonalenie się kolejnych, następujących po sobie pokoleń. W wielu kulturach dzieci traktowane są jako dowód wielkiego Bożego błogosławieństwa, są radością rodziców, są ich chlubą albo, używając metafory, koroną – wieńcem chwały – ich rodzicielskiej chwały. W „komunie” mówiło się o młodym pokoleniu jako o „przyszłości narodu”. Zapewne wielu z nas podziela również pogląd, że dzieci są najlepszą, najpewniejszą i najmądrzejszą inwestycją swoich rodziców. Są ich zabezpieczeniem, rękojmią tego, że na starość nie będą samotni i opuszczeni, nieszczęśliwi, zdani na łaskę lub niełaskę przeróżnych depeesów, domów spokojnej starości czy zolów.

Jednak żeby tak było, żeby przedstawiciele młodego pokolenia, żeby nasze dzieciaki kochane mogły sprostać oczekiwaniom, mogły pociągnąć ludzkość na wyższe poziomy empatii, świadomości, rozwoju materialnego i przede wszystkim duchowego, właśnie wtedy kiedy są dziećmi, my dorośli musimy im poświęcić odpowiednią ilość czasu, uwagi, obdarzyć ich właściwą, wyważoną miarą odpowiedzialnej miłości, mądrze dzielić się z nimi naszym życiowym doświadczeniem. Mam jednak wrażenie, że kolejne pokolenia młodych ludzi wychowywane są w coraz to mniej przyjaznej atmosferze. I choć wydawać by się mogło, że ludzie (w tym rodzice) są coraz mądrzejsi, wydaje mi się, że dzieci są wychowywane w środowisku o wiele bardziej głupszym, egocentrycznym, konsumpcyjnym i pysznym, niż to sprzed kilkudziesięciu lat. Dlatego obawiam się, czy rzeczywiście ogólnoświatowa ludzka rodzina będzie za 20-30 lat w miejscu większej szczęśliwości i zadowolenia niż obecnie. „Winą” za tę wątpliwość nie obarczam młodych ludzi, ale dorosłych, którzy nie stanęli na wysokości swojego wychowawczego zadania.

Kultura, w której przyszło nam żyć, od wielu lat przypuszcza potężne ataki na szeroko rozumianą instytucję rodziny. Kultura systematycznie, z premedytacją, bezlitośnie uderza w każdy aspekt życia rodzinnego. Podkopuje role społeczne, jakie pełnią w rodzinach tata, mama, dziadkowie, wujkowie, ciocie, starsze rodzeństwo czy wreszcie dzieci. Każdy z nas ma do spełnienia w rodzinie swoją rolę, z której powinien wywiązać się jak najlepiej. Przecież to zwykle są nasze najważniejsze role życia. To nie rola szefa w pracy, lidera lokalnej społeczności, niezwykle ważnego pracownika, na którym „wisi” cała firma, wyznaczają nasz cel i sens życia, ale właśnie rola taty, mamy czy później dziadka lub babci. To za te role możemy być nominowani do najcenniejszych Oscarów, przyznawanych przez Akademię Życia, złożoną z członków przychodzącego po nas pokolenia. Niestety współczesna kultura oszpeca te role, wyśmiewa i stygmatyzuje, czyniąc je synonimami frajerstwa i zmarnowanego życia. Bycie mamą czy tatą nie jest ani „cool”, ani „trendy”, nie jest też modne, ani nawet „sexy”. Dorośli ulegają tym ogłupiającym wpływom i „wychodząc” z ról, do których zostali powołani, przekazują mocno zaburzony model życia swoim dzieciom, które popadają w ogromne zagubienie.
Oprócz uderzenia w role, ewidentnie widać uderzenia w relacje. Pojęcie rodziny wielopokoleniowej już praktycznie nie istnieje. Szczególnie na Śląsku, rodzina nie tyle mieszkająca, ale „trzymająca się” blisko siebie, złożona z dziadków, rodziców, dzieci i krewnych praktycznie nie istnieje. To co kiedyś było siłą śląskości czy polskości oraz dobrze rozumianej tradycji, na oczach jednego pokolenia legło w gruzach. Co dawał taki wielopokoleniowy dom? Przede wszystkim wymianę życiowych doświadczeń, jedni od drugich mogli się uczyć, młodzi mogli uczyć się na błędach starszych, po to, aby już ich nie popełniać. Mogli uczyć się szacunku, miłości, poświęcenia dla drugiego człowieka i mogli uczyć się słuchać. Dziś bałwochwalczy kult indywidualizmu spowodował bardzo daleko idącą autonomizację i atomizację. Zerwana została łączność, międzypokoleniowe zainteresowanie, ciekawość i zrozumienie. Kiedyś, nawet kiedy nie było relacji rodzic-dziecko, bardzo często nawiązywała się relacja wnuczęta-dziadkowie. Dziś każde pokolenie żyje swoimi problemami, czując się niezrozumiane i niepotrzebne.
Zawsze, w każdej epoce, pomiędzy „młodymi” i „starymi” dochodziło do tarć, nieporozumień czy napięć, ale funkcjonowała również wzajemna fascynacja. Starsi nie ukrywali tego, że kibicują młodości i jej zmaganiu się z prozą życia, że potrzebują witalności, entuzjazmu i odwagi młodości,  młodsi podziwiali starszych za ich wytrwałość, niezłomność, mądrość i dokonania. Pokolenia mogły się ze sobą nie zgadzać, ale potrzebowały siebie dla obopólnego rozwoju. Podświadomie funkcjonowała pomiędzy nimi więź kooperacji, która niewerbalnie uznawana była przez obie strony za konieczność. Dziś ma się wrażenie, że wzajemne zainteresowanie i fascynację pomiędzy pokoleniami zastąpiła ziejąca pustką obojętność. Niektórzy uważają, że powodem tego obopólnego braku zainteresowania jest rozwój nowoczesnych technologii, ja uważam że to raczej błędy popełniane w trakcie wychowywania.

Młodzi nie mogą zaczynać wszystkiego od początku. Musimy oszczędzić im popełniania błędów, które myśmy popełnili, musimy uczyć młodych ludzi pewnego, prostego kroku, który spowoduje, że nasze dzieci unikną „rowów” ciągnących się wzdłuż ich życiowej drogi, po jednej i po drugiej stronie. Pewien mądry człowiek powiedział, że w dobie nieograniczonego dostępu do wiedzy, to, co współcześni rodzice powinni przekazać swoim dzieciom, to przede wszystkim wartości. Całkowicie się z tym zgadzam. Dodam od siebie, że najlepszym sposobem „przekazywania wartości” jest osobisty przykład życia i tu dochodzimy do konkluzji tego tekstu. Kiedy życie dorosłych nie jest dowodem na to, że poważnie traktują „wartości”, nie pomogą nawet piękne, wyszukane słowa. Dzieci nie są głupie i rozumieją więcej niż nam się wydaje. Nie „kupią” morałów, których sami nie przestrzegamy, nie będą się uczyć od źle nauczonych nauczycieli-teoretyków. Bez szans. Dlatego myśląc o kolejnych pokoleniach, o naszych kochanych dzieciakach, naprawę świata musimy zacząć od siebie, a na to nigdy nie jest za późno...

Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz