Biedroń dobija etos Solidarności

wtorek, 5 luty, 2019 - 11:39

Felieton naczelnego • Mam coraz mniejsze złudzenia dotyczące naszych elit. Nie wiem dlaczego, ale ludzie, którzy nami rządzą im dłużej żyję tym bardziej się kompromitują. Chyba nie jest tak, że jesteśmy nacją szczególnie pod tym względem obciążoną, choć niektórzy uważają że tak. Ci którzy tak uważają  argumentują, że polskie elity przez ostatnie dwa wieki były niemiłosiernie trzebione. Najpierw prześladowali je zaborcy - Prusacy, Rosjanie i trochę mniej Austro-Węgrzy, potem polska krew lała się bardzo obficie podczas pierwszej i drugiej wojny światowej, a już współcześnie chory system PRL-u też im delikatnie mówiąc nie sprzyjał.

Trudno odmówić takiej argumentacji racji – zapewne tak było, że polskie elity były szczególnie narażone na wszelakiego rodzaju draństwa i niegodziwości. W dużej swojej części zostały po prostu biologicznie zlikwidowane, a ci którym udało się przeżyć wybrali emigrację. Naród został bez potencjalnych przywódców. Jednak za nami już 30 lat wolnej Polski – III czy jak kto woli IV Rzeczpospolitej. W dojrzałą i świadoma dorosłość wchodzi pokolenie, które nie zaznało realnego socjalizmu. Czy jest nadzieja, że dzisiejsi 30-40-latkowie godnie zastąpią styropianowe elity, które walczyły o wolną Polskę z reżimem? Obserwując polską scenę polityczną mam w kwestii tego pytania coraz mniej optymizmu.

Od kilku tygodniu ci, którzy pasjonują się polską polityką podniecają się kolejnymi „taśmami prawdy”. Powiem szczerze, że mnie ta tematyka nie za bardzo „rozgrzała” może dlatego, że zakładam iż nasi politycy to nie świętoszki, choć z wielką lubością pokazują się na wszelakich religijnych uroczystościach i z minami błogosławionych, bujają się to w prawo to w lewo śpiewając rzewne pieśni u pewnego ojca redaktora. Od wielu lat zakładam, że każdy z polityków jest mniej święty niż to pokazuje w mediach, to założenie spowodowało, że uniknąłem tak jak wielu innych ludzi wielkich rozczarowań przedstawicielami naszej politycznej elity.

Jednak dziś muszę wspomnieć o jednym pomimo wszystko sporym zaskoczeniu. Owo zaskoczenie dotyczy posła Stefana Niesiołowskiego. Pan Stefana (rocznik 1944) to jedna z ikon „Solidarności”. Za walkę z socjalizmem siedział dwukrotnie w więzieniu w sumie szmat czasu, bo prawie cztery lata. Był między innymi więźniem słynnego zakładu karnego w Barczewie. Przez sześć kadencji był posłem, a jedną kadencję senatorem. Za czasów Donalda Tuska należał do twarzy Platformy Obywatelskiej, uznawany przez niektórych za czołowego bulteriera tej partii. Po wyjeździe Tuska do Brukseli zrezygnował z członkostwa w PO, bo nie mógł ścierpieć przewodzenia tej partii przez Grzegorza Schetynę, którego bardzo nie lubi.
Niesiołowski jest postacią wyrazistą i klasycznym przykładem polskich elit, których rodowód sięga  czasów sprzed II wojny światowej. W Wikipedii czytamy między innymi, że jego dziadek był zesłany na Sybir, a wuj to jeden z założycieli Młodzieży Wszechpolskiej (zamordowany w 1946 roku przez Urząd Bezpieczeństwa), natomiast tata to uczestnik wojny polsko – bolszewickiej i kampanii wrześniowej. Życie pana Stefana jak wielu innych przedstawicieli polskich solidarnościowych elit było też związane z Kościołem Katolickim, a konkretnie z Klubem Inteligencji Katolickiej. Życiorys można by rzec modelowy, a tu nagle taki „zoooong”.

Pan Stefan był znany z bardzo ciętego i bezpośredniego języka, dlatego jedni go „ubóstwiali”, a inni nienawidzili. Jeśli potwierdzą się zarzuty przedstawione Niesiołowskiemu po pierwsze będzie wiadomo skąd u niego tak dosadny język, a po drugie legnie w gruzach kolejny autorytet. Panu posłowi zarzuca się, że pomagał załatwiać znajomym (a może nieznajomym – bez znaczenia) firmom kontrakty z zakładami chemicznymi „Police”, w zamian biznesmeni ci załatwiali mu „damy do towarzystwa” (czytaj prostytutki), z którymi pan Stefan się zabawiał i mocno zaprzyjaźnił. Podobno służby mają nagrane rozmowy Niesiołowskiego ze swoimi koleżankami, w których zachęca je do tego aby „oglądały go w telewizji”.

W atmosferze nie kończącej się „taśmowej sagi” i seksafery z Niesiołowskim wyskoczył, i to wcale nie jak „Filip z konopi”, Robert Biedroń. W środku śnieżnej (jak na polskie warunki) zimy wypalił z tą swoją „Wiosną”. Biedroń powoli staje się nie tylko ewenementem na polskiej sceny politycznej, ale także coraz bardziej, jak niegdyś Andrzej Gołota „ostatnią nadzieją białych”, dla wielu rodaków. To wręcz niewiarygodne, że w kraju, w którym ponad 90% ludzi deklaruje z wielką gorliwością swoje przywiązanie do wiary rzymsko-katolickiej zadeklarowany gej po „coming oucie” cieszy się tak ogromną popularnością! O Biedroniu już niektórzy mówią jako lepszej, unowocześnionej wersji polityka, który uderzał w te same tony i swego czasu osiągnął wielki sukces - „Palikot 2.0”.

Zastanawiające jest skąd się wzięła taka popularność i sympatii jaką jest obdarzany Biedroń. Jedna z dwóch odpowiedzi jaka przychodzi mi do głowy to jego szczerość. Biedroń jest po prostu prawdomówny, gada jak jest i się nie szczypie (choć nie zawsze z sensem, ale często populistycznie), nie ukrywa jakiś ciemnych faktów ze swojego życia. Mówi, że jest gejem, mówi, że jego partner też chce wejść w politykę, mówi, że chciałby z nim wziąć ślub, mówi o prawach kobiet i mniejszości seksualnych spod znaku LGBT. Biedroń waży słowa nikogo zaciekle nie atakuje, nie obraża, a jeszcze do niedawna do pracy jako prezydent Słupska chodził piechotą albo jeździł na rowerze. Ma szereg bardzo rozsądnych opinii na wiele tematów dotyczących zwykłych ludzi. I to u nas wystarczy?!

Drugi powód jego popularności to autentyczność i pokora – Biedroń nie udaje przedstawiciela elity, wybrańca losu, który kiedy stanie na czele narodu uczyni z Polski krainę mlekiem i miodem płynącą. Nie wywyższa się, nie odcina od zwykłych ludzi, jest autentycznym polskim gejem, który zdecydował się zostać ważnym politykiem. Przerażające jest to, że to u nas wystarczy, że przez 30 lat nie udało nam się wykreować takich właśnie szczerych autentycznych polityków, którzy poprzez swoją normalność budują swoją wielkość. Dlatego uważam, że każde wyborcze zwycięstwo Biedronia należy potraktować jako koniec epoki solidarnościowych elit, ale także jak czerwoną kartkę pokazaną nie tylko tym skompromitowanym ludziom, ale także całemu polskiemu społeczeństwu. Przykre...

Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz