„Leżymy plackiem” albo dominujemy

środa, 20 luty, 2019 - 11:21

Felieton naczelnego • „Polacy to wielki i dumny naród” - coraz częściej słyszymy tę ewidentną prawdę z różnych ust (nie tylko polskich). Nasza historia, nasze dokonania, nasze ofiary, ale i niezłomność trwania przy polskości, wbrew niesprzyjającym okolicznościom i potężnym wrogom, daje nam niewątpliwe prawo tak myśleć i mówić o sobie. Co więcej, na arenie międzynarodowej mamy również uzasadnione prawo występowania w kontaktach z największymi narodami świata z pozycji równości i partnerstwa. I pewnie nie byłoby się do czego tu przyczepić, gdyby nie zachowanie samych Polaków. I temu zachowaniu poświęćmy zdań kilka...

Przy okazji niedawnej „wielkiej” konferencji międzynarodowej, poświęconej sprawom Bliskiego Wschodu z Iranem na czele, która odbyła się w Warszawie, przez polskie media przetoczyła się dyskusja. Jedni odtrąbili dyplomatyczny i wizerunkowy sukces tego wydarzenia, lokując Polskę w gronie supermocarstw, które decydują o losach świata, inni zapytywali po co nam to było, skoro w Warszawie na temat Polski i Polaków padło wiele gorzkich i nieprawdziwych słów, które wcale nie były związane z Iranem. Niektórzy publicyści mówili wprost, że zorganizowanie tego typu konferencji wcale nie leżało w polskim interesie i wcale nie było Polsce potrzebne. Po co więc to zrobiliśmy? Publicyści owi nie mają wątpliwości - aby przypodobać się Amerykanom i realizować amerykańskie interesy na Bliskim Wschodzie.

Od dziesiątków lat tego typu dylematy co jakiś czas odzywają się w naszej rzeczywistości – czy Polacy muszą realizować czyjeś interesy oprócz swoich? Z drugiej strony ludzie zastanawiają się, czy istnieje coś takiego, jak czysto polski, narodowy interes? Albo dlaczego tak łatwo jest nam zrezygnować z naszego interesu na rzecz obcego? Odpowiedzi szukamy w historii i w geografii, czyli naszym położeniu pomiędzy dwoma rzeczywistymi potęgami: Niemcami i Rosją. Trudno powiedzieć dlaczego, ale to akurat jest pewne, że w Polsce zawsze znajdą się wpływowi politycy, którzy swoim zachowaniem spowodują, że o Polsce i Polakach nie będzie można powiedzieć ani „wielcy”, ani „dumni”.         

Funkcjonuje pogląd, że Polacy zawsze muszą przed kimś „plackiem leżeć”, albo „klęczeć”, albo „wiernopoddańczo się kłaniać”. Aktualnie niektórzy wykorzystują tę polską skłonność jako element polsko-polskiej wojny plemiennej i mówią: „Platforma Obywatelska klęczała przed Niemcami, dlatego Tusk dostał stołek, a PiS klęczy przed Amerykanami, bo chce mieć Fort Trump”. Podczas kolacji przy ośmiorniczkach „U Sowy i Przyjaciół” o tym wiernopoddańczym sługusostwie Amerykanom wypowiedział się bardzo dosadnie niegdysiejszy minister spraw zagranicznych Radek Sikorski, jednak nie będziemy cytować jego wypowiedzi, aby nie siać powszechnego zgorszenia.

Idąc dalej tym tropem rozumowania możemy stwierdzić, że polscy komuniści za PRL-u klęczeli przed Związkiem Radzieckim, ojcowie – założyciele II Rzeczpospolitej kłaniali się wpół Francji i Anglii, a jeszcze wcześniej za Piastów, Jagiellonów i elekcyjnych „leżeliśmy plackiem” przed Czechami, Krzyżakami, Szwedami, Austro-Węgrami czy Prusami. Jeszcze inni powiedzą, że generalnie to od zawsze jesteśmy sługusami Watykanu i jego kleru, albo z drugiej strony Żydów i ich ogólnoświatowym powiązaniom, interesom i wpływom. Historycznie jawi się więc wcale nie wesoły obraz narodu, który nie jest taki, na jaki zasługiwałby, żeby być.

Kiedyś, dawno temu, kiedy byłem jeszcze bardzo młody i bardzo naiwny, wziąłem udział w konferencji, w której uczestniczył czarnoskóry, amerykański wykładowca. To było gdzieś na początku lat 90. ubiegłego wieku. Po części wspólnej przyszedł czas na warsztaty, które prowadzili poszczególni prelegenci. Każdy z wykładowców otrzymał swoją osobną salę, na której prowadził zajęcia. I stała się rzecz, której nie przewidzieli organizatorzy. Sala, w której warsztaty prowadził Amerykanin, pękała w szwach, bo tak była przepełniona, natomiast sale, gdzie wykładowcami byli Polacy, świeciły pustkami. I tak było już do końca tej konferencji, choć po wysłuchaniu wszystkich wykładów mogłem obiektywnie stwierdzić, że te prowadzone przez Polaków były znacznie lepsze, bardziej merytoryczne i ciekawsze.

Skąd się bierze w Polakach taka wielowiekowa, historyczna skłonność do służalczej uległości, poczucia „gorszości” czy papugowania? Odpowiedzi zapewne jest bardzo wiele, ale mnie wydaje się, że bierze się to stąd, że brakuje nam szacunku i uznania dla siebie samych. Nie potrafimy docenić w swoich, w bliskich nam ludziach, tych bardzo wielu cech i przymiotów godnych zauważenia. Znacznie łatwo zrobić nam to w stosunku do ludzi, których nie znamy, do obcych. Po za tym Polacy w relacjach zwykle zakładają jakiś element rywalizacji, konkurencji, zamiast wolności i szacunku dla drugiego człowieka, utopiliby swoich iluzorycznych „rywali” za byle głupotę w łyżce wody. Genialnie polskiego ducha przedstawił film „Dzień świra”, w którym polskie narodowe cechy to właśnie zazdrość, zawiść, kłótliwość i chora rywalizacja.    

Dlaczego nasze elity, ale i zwykli Polacy, nie potrafią w relacjach z innymi narodami normalnie funkcjonować? Bo dla siebie nie potrafimy być po prostu zwykłymi partnerami, bo albo dominujemy, albo jesteśmy zdominowanymi. Dlatego przed silniejszymi „leżymy plackiem” (na przykład przed Amerykanami, Niemcami czy Rosjanami), a słabszych poniewieramy, wyśmiewamy, albo po prostu poniżamy (na przykład Ukraińców, Czechów, Białorusinów). Nie zmieni się to, dopóty sami siebie nie zaczniemy zauważać, doceniać i szanować: sąsiad sąsiada, pracownik szefa i odwrotnie, krapkowiczanin krapkowiczanina, gogolinianin gogolinianina, zdzieszowiczanin zdzieszowiczanina, Polak Polaka. Niby takie to proste, ale chyba jednak nie do końca...

Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz