Potrzebny jest ktoś jeszcze

środa, 30 Styczeń, 2019 - 06:00

Felieton naczelnego • Minęło właśnie trzy miesiące od niedawnych wyborów samorządowych (27.10.2018), najwyższy więc czas na wstępne refleksje. Opadł już wyborczy kurz, a wraz z nim uciążliwe emocje, animozje, złośliwości, podchody, intrygi, walki o słupy, licytacje o to kto robi więcej i mądrzej (najczęściej na Facebooku), snucie planów, poprawianie adwersarzy i tak dalej i tym podobne. Skończyło się także rozdawanie tak zwanych „giftów” (czyli podarunków, prezentów, gadżetów), którymi podczas kampanii wyborczej hojnie szafowali praktycznie wszyscy kandydaci. Z tym, że kiedy to jedni rozdawali „kiełbasę wyborczą” kupioną za swoje, inni szczodrą ręką przekupywali wyborców „giftami” kupionymi za złotówki z publicznej kasy. Okazało się niestety, że wyborcy wolą tę drugą opcję, co daje mocno do zastanowienia, ale ja nie o tym dzisiaj do końca pisać chciałem...

Już wcześniej wielokrotnie mówiłem, że ubiegłoroczna kampania wyborcza była przerażająco nudna. Wiadomo, że to, co przysparza kampanii rumieńców, to przede wszystkim walka o główne fotele, czyli te zajmowane przez prezydentów, burmistrzów czy wójtów. W wyborach 2018 roku praktycznie nigdzie takiej walki nie odnotowano, no może poza gminą Strzeleczki. I od Strzeleczek, gdzie było najciekawiej, chyba zaczniemy. Właśnie tu konkurentem dla rządzącego od czterech lata wójta był dużo bardziej wymagający kandydat niż ci na przykład w Zdzieszowicach czy Gogolinie. W „Zdzichach” i „Gogolcu” pretendenci do stanowiska burmistrza od początku nie mieli żadnych, ale to żadnych szans na zwycięstwo. W Strzeleczkach natomiast aż do dnia wyborów panowała wielka niepewność. Ludzie najczęściej mówili: „Będzie pół na pół” i też po równo wskazywali na jednego z dwóch kandydatów. Tak wysokie zwycięstwo wójta nad jego konkurentem dla samych zainteresowanych i wielu innych było nie tylko totalnym zaskoczeniem, ale także dowodem prawdziwości tezy, którą opisałem w tym tekście nieco wcześniej.            

Najnudniej było w Zdzieszowicach. To przecież 12-tysięczne miasto (a więc jak na polskie warunki wcale nie takie małe) wciąż nie doczekało się lokalnych liderów, którzy chcieliby powalczyć o nie za pomocą ciekawych wizji – planów rozwoju. Wieloletnie rządy tragicznie zmarłego burmistrza pozostawiły po sobie samorządową „wypaloną ziemię”. Ani cztery lata temu, ani ostatnio nie znalazł się nikt, kto mógłby realnie zagrozić startującej niejako z urzędu pani burmistrz. Nie było nikogo, kto urzędującym burmistrzom wyżej postawiłby poprzeczkę, zmusiłby ich do większej pracy, bardziej kreatywnych pomysłów. Nie znalazł się nikt, kto by poprzez swoją odwagę, osobowość, czy nawet oryginalność przesunął poziom debaty o Zdzieszowicach choćby o poziom wyżej. Miałem nawet wrażenie, że ciekawiej było cztery lata temu, kiedy pogrążeni w szoku po morderstwie burmistrza zdzieszowiczanie mogli wybierać spośród czterech kandydatów, a nie jak to było w 2018 roku spomiędzy dwóch.

Bardzo podobnie od wielu lat jest w Gogolinie. Jednak różnica pomiędzy tymi dwoma gminami jest  zasadnicza. Po pierwsze Gogolin dynamicznie się rozwija, czego nie można powiedzieć o Zdzieszowicach, po drugie za burmistrzem miasta Karolinki stoją spektakularne sukcesy wynikające z tego rozwoju, jak choćby zapełnienie strefy ekonomicznej inwestorami, czy inwestycje w infrastrukturę drogową oraz komunalną.
Wydaje mi się jednak, że i w Gogolinie przydałby się ktoś, kto stałby się takim „humanoidalnym impulsem”, konstruktywną alternatywą, dziegciem w beczce miodu, kreatywnym burzycielem gogolińskiego porządku. Brakuje kogoś, kogo poglądy i postępowanie sprowokowałoby coś jeszcze lepszego i jeszcze bardziej dynamicznego. Każdy potrzebuje przecież kogoś, kto jest dla niego takim, że tak powiem, „mobilajzerem” pobudzającym do bardziej kreatywnej i odważnej pozytywistycznej pracy na rzecz innych.     

Kampania 2018 roku udowodniła także, że duet kandydatów w Krapkowicach, którzy o burmistrzowski stolec potykali się ze sobą już po raz trzeci, jest mocno sobą znudzony. Merytoryczny poziom debaty o stolicy powiatu pozostawiał bardzo, ale to bardzo wiele do życzenia. Żaden z kandydatów nie przedstawił jakieś spójnej wizji, zarysu, planu rozwoju miasta na najbliższe lata. Żaden z nich nie zająknął się nawet o jakiś krapkowickich celach, realizacjach, marzeniach. Jeżdżenie po gminie i wskazywanie licznych dziur w drogach jest może medialne, ale to nie jest żaden merytoryczny ani poważny argument kampanii wyborczej. Dodatkowo żaden z kandydatów nie polemizował z tym drugim na argumenty istotne dla życia miasta i jego rozwoju. Jeden pragnął kontynuować swoje rządy, a ten drugi też pragnął kontynuować, tyle tylko że po swojemu. Takiej wyborczej degrengolady w Krapkowicach nie było już dawno. To bardzo smutne. Kandydaci nie powiedzieli niczego nowego, powtarzając stare sprawy sprzed czterech i ośmiu lat. Ale ileż razy można słuchać o tym samym? Cieszy jedynie fakt, że dla zwykłej ludzkiej przyzwoitości i chyba trochę ze wstydu, żaden z kandydatów nie uczynił z budowanego od 21 lat mostu kolejowego centrum swojej kampanii wyborczej.

Wiem, że Krapkowice są zadłużone po uszy, ale brakowało mi odważnych wizji i a nawet pomysłów typu „gdybym miał wolne 20 milionów złotych, to jako burmistrz zrobiłbym to i tamto”, które pokazałyby, że kandydaci na burmistrza Krapkowic to prawdziwi wizjonerzy, którzy mogą za sobą pociągnąć lokalną społeczność. A tak nuda – rewitalizacja Stadionu Miejskiego w Otmęcie czy brzydka koncepcja uczynienia z Rynku wybrukowanego placu z oczkami wodnymi nikogo nie powalała na kolana.         

Taka sytuacja bardzo źle wróży. Dlatego mamy niecałe pięć lat na to, aby wykreować kogoś trzeciego w Krapkowicach i kogoś drugiego w pozostałych czterech gminach. Kogoś inteligentnego, tolerancyjnego, otwartego na świat, odważnego lokalnego patriotę, który dla swojej gminy jest w stanie po prostu ciężko i mądrze pracować po to, aby nasze miasta rozpędzić na ścieżce rozwoju. W Krapkowicach koniecznie potrzeba kogoś trzeciego, kto będzie pozbawiony faryzejskiej hipokryzji, nienawiści i uprzedzeń, bo tylko taki autentyczny „ojciec miasta” dla wszystkich mieszkańców jest w stanie poprowadzić Krapkowice, a z nimi cały powiat krapkowicki, do zwycięstwa. To, że brakuje kogoś takiego, kto wniósłby powiew świeżości, inne spojrzenie i dynamizm do lokalnej polityki, źle świadczy o kondycji społeczeństwa obywatelskiego Krapkowic.

Jeśli poprzez swoje zaniedbanie albo tchórzostwo nie wykreujemy kogoś trzeciego, w 2023 roku czeka nas wyborcza powtórka z rozrywki z 2018 roku, ale nie to będzie najgorsze, tylko kolejne lata nie w pełni wykorzystanych szans...
 

To jest część artykułu.
Całość możesz przeczytać w Nowinach Krapkowickich w wydaniu papierowym lub w wersji elektronicznej.

kup e-wydanie
Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz