13 grudnia

wtorek, 13 Grudzień, 2016 - 12:30
Felieton naczelnego • Miałem wtedy 12 lat, więc pewnie niewiele mogę na temat tego dnia powiedzieć. Na pewno nie mogę też stwierdzić, że 13 grudnia 1981 roku był dla mnie dniem, który w jakiś szczególny sposób odcisnął się na mojej psychice. W świetle tego co dzieje się dzisiaj wokół 13 grudnia 1981 roku, aż się boję wyznać, że najważniejszą informacją, jaką tego dnia usłyszałem była ta, że nie musimy iść do szkoły. Jednak radość z wolnego spotkała się wówczas w moim sercu z troską – w telewizji nie było niczego ciekawego do oglądania oprócz powtarzanych wystąpień pewnego smutnego pana w mundurze i koncertów muzyki poważnej. Dzień 13 grudnia 1981 roku przebiegł w moim domu tak jak w wielu tysiącach polskich domów dosyć bezboleśnie. Mama, owszem, zasmuciła się i przejęła wystąpieniem telewizyjnym generała Wojciecha Jaruzelskiego, który żołnierskim językiem i stylem oznajmił wprowadzenie stanu wojennego w Polsce, ale dla mnie to wszystko z perspektywy 12-latka z prowincjonalnych Krapkowic wydało się jakieś dalekie i nierealne. 
 
Pamiętam, że następnego dnia razem z kilkoma kolegami z nudów poszliśmy do naszej ukochanej „starej budy” - szkoły podstawowej numer jeden do świetlicy, żeby pograć w ping-ponga. Niestety nasz zamiar spędzenia wolnego czasu w jakiś sensowny sposób został udaremniony przez obecnego tam nauczyciela wychowania obywatelskiego pana Kaczmarskiego. „Do domu! Przecież wojna jest”! - krzyczał wyganiając nas ze świetlicy. Nie rozumieliśmy wówczas jego egzaltacji. My znaliśmy wojnę z serialu „Czterej pancerni i pies”, a to co działo się w naszym mieście nie miało nic wspólnego z tym wyobrażeniem. Niezrażeni „wojną” zdecydowaliśmy się na włóczęgę po mieście. Niejako podświadomie ulicą Limanowskiego szliśmy w stronę krapkowickiej muny. I wtedy jak przez mgłę pamiętam kolumnę czołgów i wozów opancerzonych na dzisiejszej drodze krajowej nr 45, które - jak się później dowiedziałem - kierowały się w stronę Rybnika. Staliśmy wówczas jak wryci, obserwując ten niecodzienny widok. Chyba tylko wtedy poczuliśmy grozę całej tej sytuacji...
 
 
To jest część artykułu.
Całość możesz przeczytać w Nowinach Krapkowickich w wydaniu papierowym lub w wersji elektronicznej.

kup e-wydanie
Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz