Dyskretny urok neutralności

środa, 25 Październik, 2017 - 06:00
Felieton naczelnego • Po felietonie pod tytułem „Niemcy” zadzwonił do mnie jeden z Czytelników „Nowin” (serdeczne pozdrowienia, Panie Adamie) i krótko, ale jak zwykle sympatycznie, skomentował niektóre myśli zawarte w tym tekście. „Jeżeli pan redaktor już tak bardzo chce się przypodobać Niemcom, to pisząc o współpracy i pojednaniu polsko - niemieckim nie można zapomnieć o roli Ślązaków” - powiedział. Swoją opinią sprowokował mnie do niniejszego tekstu, w którym chciałbym oświadczyć wszem i wobec, że nikomu nigdy się nie chciałem się przypodobać i nadal nie zamierzam tego robić.
 
Ciągnąć wątek „przypodobania się”  przyznam, że tego nie potrafię. Choćbym chciał, to jakoś nie umiem, sztuczny wtedy jestem, niewiarygodny, nieautentyczny i bardzo źle się z tym czuję. „Przypodobanie” jakoś mi nie wychodzi. To moja słaba strona, której się jednak wcale nie wstydzę. Dlaczego? Ano dlatego, że najprawdopodobniej ową „ułomność” odziedziczyłem po swoich przodkach. Szczególnie mój dziadek jakoś nie potrafił się nikomu przypodobać, dlatego też w okresie międzywojennym, w burżuazyjnej Polsce był prześladowany przez „polskich jaśnie panów”, a później za czasów „komuny” nie potrafi przypodobać się nowej władzy i był gnębiony przez „czerwonych kacapów”. 
 
Dumny jestem z tego. Dumny z historii i życiorysów moich przodków. Że nikomu dla korzyści nie „czapkowali”, nie krzywdzili innych, nie zwalczali, nie przykładali ręki do nikczemności, złodziejstwa, że nigdy nie byli za większością, za silniejszymi, ale zawsze za prawdą i w obronie słabszych. Potem byli moi rodzice, także niepokorni, honorowi i niechętni hipokryzji i lizusostwu, a potem ja… I tak pewnie to jakoś poszło z pokolenia na pokolenie, i tak mi jakoś zostało,
i mam nadzieję, że nadal zostanie. Przypodobanie bowiem mnie nie kręci. Nie chcę „przypodobać się” ani wspomnianym Niemcom, ani Polakom, Ślązakom, mniejszości niemieckiej, polskim patriotom, niemieckim patriotom, Platformie, PiS-owi, SLD, Sonikowi, Kasiurze i nie wiem komu jeszcze. Nie chcę nikomu się przypodobać, ale z każdym mogę otwarcie współpracować na normalnych partnerskich warunkach dla dobra wszystkich. W nikim nie widzę wroga czy przeciwnika. 
 
Lizusy i wazeliniarze, którzy dla swoich zysków są w stanie zrobić wszystko, którzy schlebiają, kiedy to im się opłaca i czmychają w popłochu, kiedy im się to opłacać przestaje, są nie tylko w Warszawie czy Opolu, ale także w powiecie krapkowickim... 
 
 
 
To jest część artykułu.
Całość możesz przeczytać w Nowinach Krapkowickich w wydaniu papierowym lub w wersji elektronicznej.

kup e-wydanie
Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz