Refleksje przedsesyjne (cały felieton)

czwartek, 26 Lipiec, 2012 - 13:30

W miniony piątek (20.07) o 17.50 otrzymałem telefon ze Starostwa Powiatowego w Krapkowicach z informacją o tym, że wpłynął wniosek pięciu radnych: Macieja Sonika, Sabiny Gorzkulli-Kotzot, Marka Pietruszki, Tomasza Sokołowskiego i Sławomira Rowińskiego o zwołanie sesji nadzwyczajnej z głównym punktem obrad: odwołaniem mnie z funkcji przewodniczącego Rady Powiatu Krapkowickiego.

W uzasadnieniu wniosku o swoje odwołanie przeczytałem między innymi znajome mi już zwroty, które powtarzały się kolejny raz w piśmie podpisanym przez pięciu radnych kilkakrotnie: „powstałe podejrzenie”, „niejednoznaczność sytuacji”, „choć nie naruszył prawa spowodował utratę zaufania do organów władzy publicznej”. Dziwne, że słowem nie wspomniano o (nie) etyce czy (nie) moralności, choć pojęcia te jeszcze kilka dni wcześniej z wielką ochotą były powtarzane w kontekście mojej osoby.

Wszystko w trosce
Dalej można było przeczytać, że radni: „w trosce o zaufanie do organów władzy są głęboko przekonani, że powinienem przestać pełnić funkcję przewodniczącego”. Radni przyznali jednak, że wnioskują o to: „pomimo wysokiej oceny mojej działalności jako przewodniczącego rady powiatu”. Na zakończenie stronicowego uzasadnienia jego autorzy proponują mi, abym sam złożył rezygnację, bo ich zdaniem będzie to najlepsze rozwiązanie: „Pozwoliłoby to na zachowanie oczekiwanych przez opinię społeczną wobec instytucji przewodniczącego rady najwyższych standardów bezstronności i jawności, jak też pozwoliłoby uniknąć błędnego odczucia odwoływania przewodniczącego jako sankcji”. Myślę jednak, że autorzy wniosku nie muszą się martwić o „błędne odczucia” opinii publicznej, gdyż ta dokładnie rozumie to co ostatnio dzieje się wokół mojej osoby. Opinia publiczna jest już wyedukowana, bywała w świecie i z łatwością rozpoznaje socjotechniczne tricki, nie tak jak jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt lat temu. Obiektywna opinia publiczna łatwo zrozumie uczynienie przez jedną gazetę afery prasowej z sytuacji otrzymania przez bezrobotnego przewodniczącego rady powiatu dotacji dla bezrobotnych na otwarcie konkurencyjnej gazety (poza „NTO” przecież żadne inne opolskie media w tak napastliwym stylu nie relacjonowały tej sytuacji).
Równie łatwo rozszyfruje próbę podważenia zaufania społecznego do mojej osoby, postrzeganej przez niektórych jako groźnego konkurenta na scenie politycznej powiatu krapkowickiego. Myślę, że opinii publicznej trudniej natomiast będzie zaakceptować postawę niektórych radnych, którzy dbają o „najwyższe standardy” postępowania przede wszystkim u innych, ale nie u siebie. Myślę, że ta sytuacja dała opinii publicznej dużo do myślenia…

Skupmy się na władzy
Nie chcę wracać do „standardów”, jakie wypracowali sobie niektórzy radni TSKN, którzy przez 12 lat rządzili powiatem krapkowickim, gdyż owe standardy są powszechnie znane (opisywałem je także w „Nowinach” w poprzednim tygodniu). Baczni obserwatorzy tego co się u nas dzieje uważają, że polityczne losy Mniejszości Niemieckiej na Opolszczyźnie są już przesądzone i że organizacja ta prędzej czy później zostanie wchłonięta przez Ruch Autonomii Śląska, albo się rozpadnie. Póki co Mniejszość Niemiecka potrzebuje gruntownej sanacji, gdyż poprzez postępowanie niektórych swoich liderów wielu Ślązaków odwróciło się i ciągle się od niej odwraca. Ale nie o mniejszości dzisiaj ma być mowa. To co się dzieje ostatnio wzbudza obawę wielu ludzi, czy aby zamiana Mniejszości Niemieckiej na Platformę Obywatelską nie była w powiecie krapkowickim zamianą zgodnie z porzekadłem: „Zamienił stryjek siekierkę na kijek”.

Dwuznaczne niejednoznaczności
Niestety, w czasie niespełna dwóch lata rządów Macieja Sonika, starosta kilkakrotnie stawiał siebie i radnych, którzy wystartowali z listy PO w dwuznacznych i niejasnych sytuacjach. Używając terminologii z uzasadnienia wniosku o odwołanie nie były to „standardy najwyższe”, ale można by je nazwać standardami „średnioniskich lotów”. Pierwsza sytuacja dotyczyła Witolda Rożałowskiego, kiedy starosta zakomunikował fakt powołania go na stanowisko „dyrektora gabinetu starosty”, które naprędce stworzył „reformując” urząd powiatowy. Wówczas wielu radnych miało sporo wątpliwości co do tego posunięcia. Osobiście odebrałem także wiele niepochlebnych opinii mieszkańców powiatu krapkowickiego na temat tej sprawy. Ale Rożałowski miał się sam obronić, miał być pożyteczny, przydatny, trzeba było wykorzystać jego niewykorzystany potencjał, i w końcu ma rodzinę, i też musi z czegoś żyć. Druga sytuacja, która do dziś wzbudza kontrowersje i wątpliwości, dotyczyła odwołania ze stanowiska sekretarza powiatu krapkowickiego Wojciecha Olendra w niejasnych okolicznościach. Trzecia „niejednoznaczność” dotyczy fatalnych relacji, jakie ma starosta Sonik z niektórymi gminnymi samorządami. Kilkakrotnie jako przewodniczący Rady Powiatu byłem adresatem skarg gminnych samorządowców na te relacje. Ostatnio nawet jeden z radnych Mniejszości Niemieckiej wytknął staroście Sonikowi, że na posiedzeniu jednej z komisji stałych mówił nieprawdę, mówiąc o jednym z burmistrzów.

Wchodzą na kruchy lód
Nie chodzi dziś o to, aby wytykać błędy Mniejszości Niemieckiej czy Platformie Obywatelskiej, jednak coraz częściej pojawiają się pytania czy w sposobie sprawowania władzy i uprawiania polityki w wykonaniu tych dwóch ugrupowań nie napotykamy na fasadowość, hipokryzję i zwykłe udawanie. Każdy może kreować się na moralny, etyczny i nie wiem jeszcze jaki autorytet, jednak nie można kreować się na autorytet nieomylny, bo wówczas ociera się o śmieszność i hipokryzję właśnie. Cała sytuacja związana z moją dotacją (czy w obliczu bezrobocia miałem z niej nie skorzystać tylko dlatego, aby nie narazić się kilku osobom?) jest dla mnie dowodem na to, że daleko nam jeszcze do normalności także w powiecie krapkowickim. Jeśli w imię niejednoznaczności, które towarzyszą każdej działalności i każdemu człowiekowi (każdego różni ludzie różnie oceniają), jeśli w imię odczuć, emocji i insynuacji ludzie zaczynają uderzać w innych ludzi, wówczas wchodzą na kruchy lód…, a opinia publiczna zaczyna znacznie surowiej oceniać ich osobiste „standardy”.

Roman Chmielewski