Tania albo w ogóle

poniedziałek, 17 Grudzień, 2018 - 11:38

Felieton naczelnego • Odnalazłem ten tekst gdzieś przypadkowo, w środku gazety, na dole strony grudniowego wydania „Dziennika Gazeta Prawna”. Tkwił wciśnięty jakby za karę pomiędzy ważniejsze, istotniejsze, popularniejsze, bardziej medialne (zdaniem redakcji „DGP”) tematy i o mało co mi nie umknął. Lokalizacja artykułu właśnie w takim niepozornym, peryferyjnym miejscu wielostronicowej gazety, to symbol tego jakie jest podejście zdecydowanej większości Polek i Polaków do poruszanej przez niego problematyki. U nas ten temat jest traktowany z lekceważeniem, nonszalancją i niezrozumieniem, tak jak ulica o siódmej kolejności odśnieżania podczas zamieci. O jakim artykule mowa? O tekście pod tytułem: „Deszcz wyborczych bonusów w samorządach”, który moim zdaniem powinien „krzyczeć” jako czołówka pierwszej strony „DGP”. Wspomniany artykuł porusza jeden z aspektów tematu, którym powinny regularnie zajmować się wszystkie polskie redakcje telewizyjne, prasowe, radiowe i internetowe. To temat, który powinien być regularnie „rozkminiany”, analizowany, roztrząsany, dzielony na czworo i kontrolowany. A kiedy będą tu jakieś przegięcia, media muszą bić głośno na alarm...

Sam artykuł lakonicznie stwierdza, że w samorządach pod koniec minionej kadencji zanotowano niespotykany wcześniej wysyp nagród i podwyżek dla urzędników gminnych, powiatowych i wojewódzkich. Nagrody wręczano im z okazji „Dnia Samorządowca”, za „osiągnięcia”, ale także na przykład z okazji... setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Tekst zilustrowano infografiką posiłkującą się danymi z Głównego Urzędu Statystycznego, z której wynika, że generalnie zarówno zatrudnienie jak i wynagrodzenia w samorządach od lat rosną. W 2008 roku pracowało w nich nieco ponad 200 tysięcy, a w 2017 już ponad 244 tysiące osób. Natomiast średnie wynagrodzenie wzrosło w tych latach z 3 458 złotych do 4 824 złotych. Choć przedstawiona dynamika nie poraża, jak na przykład ta dotycząca Starostwa Powiatowego w Krapkowicach, gdzie wydatki na administracje jak i ilość etatów wzrosły w ostatnich latach o 100%, to i tak świadczy o tym, że państwo polskie idzie w bardzo złym kierunku.     

Jeszcze do niedawna, kiedy rynek pracy w Polsce trawiło wysokie bezrobocie i brak jakichkolwiek perspektyw na sensowną pracę, samorządy ratowały sytuację. Na przykład przez wiele lat samorząd Łodzi (drugiego co do wielkości miasta w Polsce) był jednym z największych (jeśli nie największym) pracodawców w mieście.
Administracja (nie tylko samorządowa) przez lata wysokiego bezrobocie kreowała i tworzyła ciekawe miejsca pracy, średnio płatne, ale z pełnym socjalem i prestiżowe, dlatego atrakcyjne. I chwała administracji za to! Naprawdę. Jednak od kilku lat rzeczywistość polskiego rynku pracy zmieniła się diametralnie i trzeba na to reagować. Musi na zmiany reagować również administracja. Dziś przemysł, budownictwo, usługi, handel, rolnictwo, narzekają na chroniczny brak rąk do pracy, dodatkowo Polska rok rocznie notuje systematyczny spadek liczby mieszkańców oraz miliony ludzi wyjechało na stałe bądź pracuje czasowo za granicą. Paradoksalnie jednak zatrudnienie w administracji rośnie! Jak to możliwe?!

Jeśli nie zatrzymamy tego trendu, czeka nas upadek albo wariant grecki, czyli wprowadzenie Polski w szpony kolejnego kryzysu. Choć powody kryzysu w Grecji są bardzo złożone, na potrzeby tego artykułu jeden z nich jest wart przytoczenia: „Niezrównoważona polityka fiskalna (rosnące wydatki skarbu państwa dla podnoszonego zatrudnienia i wynagrodzenia w upolitycznionym kosztownym i nieefektywnym sektorze publicznym). Od początków lat 80. minionego wieku wszystkie rządy zmuszały do oszczędzania wyłącznie zwykłych obywateli. W budżetówce chcieli pracować wszyscy, bo w szczycie hossy płace były dwa razy wyższe niż w sektorze prywatnym. I nie zależały od wydajności pracy. Służba publiczna była rozdęta, a biurokracja ograniczała przedsiębiorczość. Poziom wydatków publicznych wynosił w latach 2001-2007 około 45% PKB, a w 2008 roku już 49,7%, w 2009 roku 52,9% przy stałych dochodach publicznych. Oznaczało to narastanie deficytu, a tym samym wzrost zadłużenia”. Czy ten opis Grecji sprzed kryzysu nie przypomina tego co dzieje się od wielu lat w Polsce? Coraz większe wydatki w sektorze publicznym, rozrost administracji i coraz większe wydatki socjalne. Ale to jeszcze nie koniec grecko-polskich podobieństw.

Bardzo istotnym powodem kryzysu w Helladzie była też niska konkurencyjność greckiej gospodarki. Wynikała ona nie tylko z przyjęcia wysokiego kursu wymiany drachmy na euro, ogromnego przeregulowania gospodarki (licencje na wiele zawodów) oraz relatywnie niskiej produktywności, ale także, i teraz uwaga, silnego sektora państwowego, realokacji pracowników i kapitału z sektora prywatnego do państwowego, a także z opanowania sektora publicznego przez rodzinne klany. Czy wszystkie wymienione greckie patologie nie dotyczą już w mniejszym lub większym stopniu polskiej rzeczywistości? Zapewne nie są one jeszcze u nas tak skrajne, ale przerażające jest to, że nikt nie widzi potrzeby (albo widzi, tylko się boi o tym mówić), aby zahamować ten galop w stronę przepaści.

Kiedy tworzyły się powiaty w Polsce przeczytałem zdanie, któremu trudno odmówić słuszności: „Powiaty albo będą tanie, albo nie powinno być ich w ogóle”. Generalnie ta zasada powinna dotyczyć całej administracji i wcale nie chodzi o to, aby fachowi urzędnicy mało zarabiali. Jeśli szeroko rozumiany sektor publiczny nadal będzie miejscem pracy dla politycznych nieudaczników, będzie rozrastał się w nieskończoność o kolejne etaty dla kolesi i koleżanek oraz będzie zjadać większość naszych pieniędzy, to kraj zatrzyma się w rozwoju. W Grecji na kryzysie najwięcej stracili zwykli obywatele. Nie inaczej będzie u nas.

Autor: 
Roman Chmielewski

Dodaj komentarz